Oczyszczanie organizmu 9 dni.

DSCN0322 DSCN0317

OCZYSZCZANIE

Preludium:

Dzień przed. Samo się myśli o tym, co czeka nazajutrz. Jesteśmy gotowi. Ciało i umysł. Ciało po zimie ociężałe. Umysł wątpiący. Czy myśl o niejedzeniu nie będzie natrętna? Jesteśmy uważni. Jesteśmy ciekawi. Od jakiegoś czasu bóle jelit po każdym posiłku stały się dokuczliwe. Równowaga metaboliczna zaburzona. Chcemy ujarzmić tę materię. Chcemy sprawdzić czy i co jest na rzeczy. Czy może być lepszy czas niż przedwiośnie kiedy marchew mało marchewkowa, burak wiotki a ogórek bez sensu?

Zaparzam ziołową herbatę oczyszczającą. Czekam na jutro.

Dzień pierwszy:

Chłodno i sennie. Ciało powłóczyste, toporne, niegotowe na taki skok. Reaguje lekkim osłabieniem i uporczywym bólem głowy. Ciepły, słodki syrop z pieprzem cayenne i woda, nieograniczone ilości ciepłej wody. Nie, nie jestem głodna, ale myślę o tym, co zjem za 6,7,8,10 dni. W uszach piszczy. W głowie szumi. Szumi ekspres do kawy, szumi kafeterka, szumi szept. Najtrudniej było dziś nie bez stałego pokarmu, ale bez kawy. Myślę, że ten pierwszy dzień to walka z uzależnieniami, przyzwyczajeniami i nawykami. Największym dyskomfortem jest jenak, o dziwo, chłód. Czuję, że zasnę nim głowa dosięgnie poduszki, czuję, że będzie to dobry, mocny sen.

Dzień drugi:

Sen był głęboki i spokojny. Ciepło wróciło o rzeźkim poranku. Ból głowy, niestety wrócił również. To podobno wina toksyn. Cóż. Rozprawiam się z nimi za pomocą ciepłej wody z solą himalajską. Sól budzi w trzewiach niedźwiedzia. Burczy, mruczy, syczy. Kotłuje się i ucieka z ciała. Czuję zdecydowaną poprawę ale wciąż poruszam się po omacku. Zapachy kuszą. Rzeczywistość się wydarza, a ja skupiam się tylko na tym, na czym muszę. Minimalizm. Uważność. Koncentracja. Dzięki temu umykają mi tylko sprawy błahe i nieistotne. Zaskoczenie dopiero nadciąga, przynosi je wieczór. Głowa przestaje ciążyć, wraca energia. Nie zasypiam między wierszami czytanej książki. Umysł jest bezpieczny. Ciało jest zagadką. W ustach pojawia się gorzkawy posmak, coś takiego, co pamiętam z dzieciństwa, kiedy chorowałam na anginę. I lepkość śliny. Wciąż nie zaznałam głodu. Po chwilach zwątpienia jestem spokojna. Jest nadzieja, że eksperyment się uda.

Dziś dopiero odkryłam proporcje doskonałe! Syrop neera sam jest słodyczą, a dodatek cytrny i pieprzu pięknie tę słodycz łamie, choć zawsze pozostanie ona smakiem wiodącym.

Dzień trzeci:

Energia! Ciepło! Dobre samopoczucie i brak łaknienia. Ból głowy ustąpił. Pozostało lekkie odczucie oczyszczających się zatok w okolicach skroni i oczu. Cały dzień trzeźwy. Ostry. Jasny. Nic mnie nie boli. Nie odczuwam dyskomfortu. Sól himalajska z wodą doskonale przeczyszcza. Ciało przepełnia się powietrzem, ma w sobie mnóstwo przestrzeni. Już nie skupiam się na nim, już z nim nie walczę. Ono jest ze mną! Skóra wyczuwalna pod palcami jest gładka, nawilżona. Zauważam to, gdy chcę się nabalsamować. Masło shea nie jest konieczne. Jedynie olej kokosowy na wysuszone usta. Coś wydarza się w sferze energetycznej, coś, czego nie potrafię dotknąć, nazwać. Zespolenie sacrum z profanum, ciała z duchem, harmonia. Lubię ten stan. Czuję się jakbym zjadła tort endorfinowy. Nie mogę zasnąć.

Dzień czwarty:

Po raz ostatni korzystam z dobrodziejstwa i nieprzyjemnego smaku wody z solą. Wypijam duszkiem około 700 mililitrów. Smakuje jak mocno przesolona zupka chińska, o ile w ogóle pamiętam, jak smakuje zupa instant. Z nową energią wchodzę w nowy dzień. Powonienie! Nowa jakość. Czy te wszystkie zapachy na prawdę towarzyszyły mi każdego dnia? Plastikowe pojemniki pachną zdystansowaną szorstkością, północą. Okładka książki, którą czytam pachnie szarością mgły i czymś świeżym, ale syntetycznym . Sos pomidorowy ma w sobie dojrzałe lato, wyczuwalną nutę bazylii, czosnku, papryki, jest słodko-gorzki, nieco winny i soczysty.

Czuję lekkie osłabienie i zmęczenie. Podstawowe czynności wymagają ode mnie większego wysiłku. Szybciej się męczę. Mniej mówię. Więcej myślę. Ciało jest przeźroczyste. Prawie nie czuję co się w nim dzieje. Jest niedoświadczalne. Nie boli, nie łaknie. Skóra nie jest ani bardziej ani mniej elastyczna niż wczoraj.

Dzień piąty:

Budzę się wcześnie i czuję, że ciało jest gdzieś obok. Osłabione i lekko obolałe. Czuję mięśnie. Ból głowy powrócił. Mieszanka pozwala mi nad bólem głowy zapanować, ale potrzebuję jej więcej i w częstszych, niż dotychczas dawkach. Powrócił też chłód. Marznę. Opatulam się, piję gorącą wodę. Jestem senna – syrop dodaje energii natychmiastowo, ale ulatuje ona ze mnie z taką samą szybkością, jak się pojawia. Potrzebuję dużo spokoju, skupienia. W trzewiach coś się przewraca, układa. Wiją się jelita, burczy brzuch. Znać, że coś się dzieje. I nie jest to niekomfortowe, ale po raz pierwszy od pięciu dni czuję ruch w tej okolicy ciała. Wzrok się wyostrza. Nie wiem, czy to za sprawą kuracji, czy pierwszego od dłuższego czasu słonecznego dnia, ale perspektywę widzą powietrzną! Niestety cieniem się ona kładzie na powiekach – są ciężkie i najchętniej zamknęłyby w swej otulinie bolące, łzawiące oczy. Myślę, że to powinien być czas dla mnie. Tylko dla mnie. Dzisiejszy dzień. Ale nie zrezygnowałam z codzienności, muszę się z nią zmierzyć.

Energetyczna moc wraca pod wieczór. Ból głowy mógł być spowodowany zbyt małą ilością płynów. Powinnam pić zdecydowanie więcej wody. Ze wszystkiego, co za dnia mnie spotkało pozostało lekkie ochłodzenie.

Dzień szósty:

Feniks powstaje z popiołów! Jest siła! Świat składa się z zapachów! A ja do świata tego należę! Mimo wciąż lekkiego osłabienia mam w ciele sojusznika. Procesy trawienne uśpione, zatrzymane. W zasadzie odkryłam, że mam rzuchwę. Brak mi żucia, gryzienia, memłania w ustach, mlaskania. Tęsknię za smakiem. Jakimkolwiek. Nie wiem, na co mam ochotę, to właściwie nie ma znaczenia. Chodzi o wspólne spędzanie czasu przy stole, przy posiłkach. Jestem, towarzyszę, ale to nie to samo.

Mamo, a kiedy zobaczymy, że się oczyszczasz faktycznie?” – spytał dziś mój pięcioletni syn. Odpowiedziałam, że to już. Był zawiedziony, że nawet skóra na twarzy mi się nie „wytarła”, nie wyczyściła, nie zbladła. Bo nie zbladła. Jest zdrowa, jasna. Sińce pod oczami, które towarzyszyły mi w pierwszych dniach wróciły do swoich naturalnych odcieni.

Dzień siódmy:

Poranek ciążący, ziemisty. Obolała głowa. Obolała ja. Myśli nieuczesane. Rozkojarzenie. Odczuwalny brak sił przy przy pracy u podstaw. Nie wiem. Gdy tylko słabowitość mnie dotyka zaczynam wątpić. Waham się, a w tym wahaniu sprawdzam swoją siłę. Po południu mogę się już skupić, a wieczorem obejmuję wszystko! Działam.

Przez cały czas trwania kuracji nie umiem się ubrać. Nieustannie dotyka mnie chłód. Marznę w czapce z wełny merynosów i w kapturze z polara, zimno doskwiera w obszernym, otulającym płaszczu i w narciarskiej kurtce. Nie ma takiego opatulenia, które by mnie ochroniło. Nie jest to, szczęśliwie, lodowata mroźność ciemnych polarnych nocy na Spitsbergenie – ale chłód płynący z wnętrza ciała. Można go zaskoczyć gorącą wodą, na chwilę rozgrzewa trzewia i działa kojąco.

Dzień ósmy:

Dzień ostatni. Na rynku jadłam oczami i to rzeczywiście miało swój czar. Wybrałam piękne pomarańcze, zielonego brokuła, żółte banay. Ciemna zieleń natki pietruszki doskonale kontrastowała z janozieloną częścią pora. Do tego szpinak. Jarmuż. I burgund buraków, upiekę je z orzechami włoskimi. Czuję się bardzo dobrze. Lekko i wietrznie. Inaczej oddycham, inaczej chodzę, inaczej siedzę. To nie było aż tak dużym wyzwaniem, jak się okazuje – ale i tak, w nagrodę kupuję sobie książkę. Nie myślę o sobie, że jestem dzielna, myślę raczej, że taka kuracja była mi potrzebna. Nie wiem też , o ile zmieniło się ziemskie przyciąganie, nie zważyłam się przed kuracją. Wystarczy mi to, co czuję. A czuję tyle, ile potrzeba. Jest komfortowo! Mam nadzieję pozbyć się bólów brzucha. Mam nadzieję, że to pierwsza, ale nie ostatnia przygoda z oczyszczaniem organizmu.

Dziewięć i pół:

Jest inaczej, niż się spodziewałam. Nie rzuciłam się na jedzenie, odwlekałam ten moment. Zostało mi jeszcze trochę syropu, więc pierwszy stały posiłek zjadłam późno. Nie mam też ochoty na kawę. Wróci? Pewnie tak. W swoim czasie. Czyżbym zgubiła niektóre swoje przyzwyczajenia? Może i tak być.

 

Post scriptum:

Litr syropu wystarczył mi na prawie dziewięć dni, podczas których wykonywałam swoje zajęcia i obowiązki z równie dużą uważnością, co zwykle. Codziennie odwoziłam na rowerze dziecko do przedszkola i codziennie zasiadałam do pracy. Nie musiałam gotować, ale niekiedy miałam ochotę sprawić komuś przyjemność i przyrządzałam ulubiony posiłek. Uczucie sytości, jakie zapewniał mi syrop to coś pomiędzy łagodnym najedzeniem, a subtelnym odczuciem zbliżającego się łaknienia. Przyjemny balans. Podczas kuracji dowiedziałam się co też inni ludzie myślą o głodówkach. W większości są zaniepokojeni. Boją się. Są nieufni. Lecz po krótkiej rozmowie i zaobserwowaniu mojej witalności są skłonni zmienić zdanie. Bóle głowy, z którymi się borykałam porównałabym do bólu, jaki powoduje nagła zmiana ciśnienia towarzysząca przy starcie, czy lądowaniu samolotu. Uczucia głodu nie zaznałam ani razu. Spokojniej spałam. Po pierwszym, stałym posiłku nie rozbolał mnie brzuch (czego się obawiałam), jelita tylko burknęły, coś w nich zawirowało, poprzewracało się i pchnęło cały proces trawienny do przodu. DSCN0317 DSCN0322